Jedno jest pewne. Życie to momenty. Czasami trzeba dojrzeć do tego, by odpowiednio je celebrować. Dla nas zupka chińska zjedzona na szczycie góry, przy wschodzie słońca z wartościową osobą, jest lepsza niż degustacja w “gwiazdkowej” knajpie. Pieniądze warto wydawać na zajawki (i z tych nigdy nie wyrastać)… oraz wspomnienia i podróże. To tam poznajemy najbardziej wartościowych ludzi. Bo na końcu tego wszystkiego będzie liczył się Twój “squad”.
Bez względu na to, czy jest to Twoja rodzina, druga połówka, czy ziomki z kite-ekipy. I nie ważne ile masz lat. Liczy się to, co masz w serduchu i zajawa… do życia. A ono pisze różne historie.
Poznajcie naszą. Poznajcie historię Cap Squad.
życiem z pasją i licznymi zajawkami.
Marek i Tomek poznali się dzięki wspólnemu znajomemu, od którego kupowali maszyny hafciarskie. Pewnego dnia Marek powiedział: “Lubię czapki. Chcę robić czapki dla siebie i fajnych ludzi. Chcę, żeby ktoś się uśmiechnął zakładając je na głowę”
Jeśli do tego dodamy wspólne doświadczenia i tradycję rodzinną, nie mogło to się nie udać.
Każda rodzinna historia biznesu ma swój początek… tutaj cofnijmy się aż do XIX wieku.
W Kurowie, niewielkiej wsi, w województwie lubelskim, na świat przychodzi Marianna, praprababcia Tomasza – jest rok 1880. 14 lat później, po drugiej stronie Polski w Poznaniu rodzi się Agnieszka, prababcia Marka. Właśnie od tych dwóch pracowitych kobiet, rozpoczyna się cała historia.
W tym roku obie stają się właścicielkami maszyn do szycia marki Singer. Stając się coraz bardziej biegłe w szyciu przyuczają do tego swoje dzieci, praprababcia Marianna – córkę Karolinę, a prababcia Agnieszka – córkę Stefanię, która w końcu zostaje zatrudniona w Teatrze Wielkim w Poznaniu, przy projektowaniu i szyciu strojów do spektakli.
W trzecim pokoleniu maszynę marki Singer Karolina przekazuje córce Janinie. Zdolna dziewczyna w czasie wojny szyje elementy mundurowe dla Armii Krajowej. Tu liczyło się solidne wykonanie.
Z kolei Stefania przekazuje swoją maszynę, wiedzę i umiejętności trójce swoich dzieci, m.in. Hannie, która otwiera firmę szyjącą między innymi: torebki, paski i pióropusze. Kto by pomyślał, że niespełna 40 lat później te finezyjne nakrycia głowy zamienią się w równie dopracowane snapbacki, fullcapy, czy bejsbolówki.
W czasach PRL-u rodzinne tradycje od Janiny, wraz z maszyną do szycia przejmuje jej syn Krzysztof, włączając po latach do współpracy swojego potomka, Tomasza – obecnie współwłaściciela Cap Squad. Choć dziś firma stawia już na zdecydowanie nowocześniejszą technologię, blisko stuletnia maszyna nadal jest w rękach Tomka.
Wspólnik Tomasza – Marek również zachował maszynę, na której pracowała jego prababcia. Co więcej, sprzęt po delikatnej modyfikacji, dodaniu silnika elektrycznego, był w użyciu aż do 1995 roku! Marek prawdopodobnie już w dzieciństwie wiedział, czym się będzie zajmować, gdy dorośnie. Mając zaledwie 3 latka zaśpiewał swoją pierwszą piosenkę dla dzieci – „Mam chusteczkę haftowaną” – poważnie! Tyle, że według małego brzdąca chusteczka nie była haftowana tylko „hatkowana”. Jak zwał tak zwał, w każdym razie mały Marek miał swój cel i udało mu się go zrealizować – w wieku 24 lat założył firmę zajmującą się haftem komputerowym.
Zanim Marek powiedział: “Lubię czapki i chce je robić dla siebie.”, każdy z nich miał własną historię.
Marek pływał na kitesurfingu 20 lat temu. Zanim ktokolwiek wiedział w Polsce, co to jest. Był jednym z tych wariatów, którzy pływali “unhooked” – bez zabezpieczenia, na czym się da i czasami prawie dosłownie na desce do prasowania. Wtedy naprawdę to był sport ekstremalny dla prawdziwych zajawkowiczów i niezłych krejzolów.
Nie każdy wybiera jednak najprostsze ścieżki. Dla biznesu Marek porzucił pasję. Ale do dziś na hasło “kite” – oczy się szklą, pojawiają się iskierki, zapala się wewnętrzny płomień. Ale wiecie co? – zrozumie to tylko ten, kto próbował połączyć się z żywiołem.
A co z Tomkiem? Powinniście posłuchać jego historii o podróży do Nepalu. Jeśli kiedykolwiek słyszeliście, że to zmienia życie, jest to prawdą. Człowiek wraca mądrzejszy, świadomy własnych ułomności, oszołomiony wielkością i surowością gór, a jednocześnie z siłą, która go niesie przez następne miesiące i lata. Marek powiedział do Tomka po powrocie: “Stary zmieniłeś się.” Trudno jednak opisać słowami, czym ta zmiana była.
Cap Squad to nie tylko jednak historia dwóch założycieli, czy firma produkująca czapki z daszkiem. To cała nasza “czapkowa rodzina”. Ekipa ludzi z prawdziwymi zajawkami. Pełnych pomysłów, inspirujących się nawzajem. Projektujących, haftujących, czasami szyjących do późnych godzin nocnych. Bez takiego “squadu” jaki mamy, to wszystko nie byłoby możliwe!